Jerzy Oses

Wyprawa na Pola Grunwaldu    Obecnie trudno jest stwierdzić jednoznacznie, czy w potyczce sprzymierzonych wojsk polsko-litewskich z rycerstwem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (tzw. Zakonem Krzyżackim) w roku 1410 brali udział mieszkańcy Kaźmierza. Jest to jednak wielce prawdopodobne z uwagi na to, że w owych czasach Kaźmierz był własnością Świdwy herbu Nałęcz, a wiemy, że w bitwie udział brały dwie chorągwie spod tego herbu. Były to; 41. chorągiew pod wodzą Dobrogosta Nałęcz z Szamotuł i 28. chorągiew pod dowództwem Sędziwoja Nałęcz z Ostroroga, który był członkiem rady wojennej i jednym z najbliższych doradców Władysława II Jagiełły. Można zatem przypuszczać, że na Polach Grunwaldzkich znaleźli się również mieszkańcy Kaźmierza.

Jako, że od kilkunastu już lat pod Grunwaldem odbywają się inscenizacje bitwy z 1410 roku, w roku ubiegłym postanowiłem, że na 600-lecie tego wydarzenia muszę to zobaczyć. Jak postanowiłem, tak uczyniłem i tego roku w dniu 15 lipca wraz z rodziną udaliśmy się na grunwaldzkie pola. Po drodze odwiedziliśmy kilka miejsc związanych z pobytem zakonu Krzyżackiego na naszych ziemiach.

Pierwszy był Toruń, miasto założone przez krzyżaków. Dokument lokacyjny dla Torunia został wystawiony 28 grudnia 1233 r. przez wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego Hermana von Salza i preceptora na Słowiańszczyznę i Prusy Hermana Balka. Kolejne miasto to Golub-Dobrzyń, dawna twierdza krzyżacka. Pięknie położony zamek, gdzie od kilku lat co roku odbywają się Turnieje Rycerskie. Na naszym szlaku odwiedziliśmy też ruiny zamku w Brodnicy. Zamek powstał w pierwszej połowie XIV wieku, a jego wieża, na której obecnie mieści się punkt widokowy ma wysokość 54 m. Tak po kilku godzinach podróży, około godz. 14.30 dotarliśmy pod Grunwald. Tam o tej porze odbywały się właśnie oficjalne uroczystości rocznicowe z okazji 600 rocznicy Bitwy pod Grunwaldem, z udziałem prezydentów Litwy, Mołdawii i Rumunii oraz polskich parlamentarzystów i bpa Bruno Plattera - Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego . Z naszych obserwacji wynikało, że publiczność tego dnia stanowili w większości przybyli pod Grunwald harcerze i członkowie grup rekonstrukcyjnych, którzy mieli brać udział w sobotniej (17 lipca 2010) inscenizacji. Zewsząd widać było wiele ekip radiowych i telewizyjnych, co wskazywało na spore zainteresowanie mediów wspomnianym wydarzeniem.

Po części oficjalnej członkowie delegacji udali się samochodami na zorganizowane nieopodal tymczasowe lądowisko, z którego około godz. 16.00 wznosiły się kolejno małe, średnie i wielkie śmigłowce.

Po raz kolejny pod Grunwald trafiliśmy w dniu 17 lipca w dzień inscenizacji wielkiej bitwy. Na miejscu byliśmy około godz. 11.00. Już na kilkanaście kilometrów przed celem widać było, że zainteresowanie imprezą przerasta jej organizatorów. Nie byłoby może aż tak źle, gdyby nie nieodpowiedzialne zachowanie kierowców, którzy zamiast cierpliwie, powoli posuwać się do przodu postanowili porzucać swoje auta na poboczach i dalej iść piechotą kilka kilometrów. Takie zachowanie doprowadziło do tego, że drogi stawały się coraz węższe. My zatrzymaliśmy się na polowym parkingu w odległości około 1.5 km od celu podróży. Dalej udaliśmy się piechotą. Zewsząd na pole bitwy podążały grupy piechurów, a im bliżej celu tym trudniej było się poruszać w tak wielkim tłumie. No i dotarliśmy. Miejsca skąd można było popatrzeć na walczących rycerzy od wielu godzin usłane było leżącymi na ziemi ludźmi, którzy jak wynikało z rozmów zajmowali je już od wczesnych godzin rannych. Pomimo tłoku udało się nam znaleźć jeszcze miejsce skąd widoczność była nie najgorsza. Tutaj kolejna uwaga dotycząca organizacji. Ktoś bowiem wymyślił, żeby samochód o nazwie Miejski Zespół Zarządzania Kryzysowego ustawić nie na szczycie tylko w środkowej części wału, co skutecznie przeszkadzało w tym, aby spora cześć widzów była pozbawiona możliwości obserwacji pola bitwy. Zamiast rycerzy oglądali pomarańczowe auto i kilku gości na leżakach z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Około dwóch godzin czekaliśmy w palącym tego dnia słońcu na rozpoczęcie inscenizacji. Temperatura w słońcu grubo przekraczała 40°C. Ludzie chronili się pod parasolami i tutaj ponownie dała się we znaki ludzka głupota. Wielu młodych ludzi przybyło na Grunwald z maleńkimi dziećmi. Nie byłoby w tym nic złego, że uczą patriotyzmu brzdąców ledwo co od piersi oderwanych, gdyby nie to, że wielu z nich po prostu zapomniało, że przybyli na imprezę w towarzystwie dzieci. Pozostawione bez opieki, zemdlone maluchy kładły się jak zboże po deszczu na ziemi, skąd zbierali je jak grzyby funkcjonariusze policji. Dorośli nie wytrzymywali upału, karetki pogotowia ratunkowego zabierały co mniej odpornych z pola bitwy do pobliskich szpitali. Z całą pewnością, wiele dzieci tego dnia narażonych było na poważne niebezpieczeństwa będące następstwem udaru słonecznego. Przez kilka godzin pod parasolami najwytrwalsi czekali na rozpoczęcie bitwy. Słowa uznania należą się tym, którzy ubrani w zbroje stali w słońcu przez całą godzinę. Zbiórkę rycerstwa zaplanowano bowiem na godz 13.00, a sama inscenizacja miała rozpocząć się o godz. 14.00. Nie wszyscy jednak wytrzymali w upale i również potrzebowali pomocy lekarskiej. Wreszcie o godzinie 13.55 przez głośniki zaapelowano o to, aby wszyscy usiedli i pozamykali parasole, po czym z głośników dał sie słyszeć głos lektora pod dyktando, którego uczestnicy inscenizacji w jakże naturalny sposób przedstawili widzom, jak przypuszczalnie mogła wyglądać „Bitwa Pod Grunwaldem”. Tego obrazu tak naprawdę nie przekaże żadna telewizja. To trzeba zobaczyć na żywo, dlatego nie dziwi mnie fakt, iż tak wiele osób chciało to zobaczyć. Świetnie przygotowani członkowie grup rekonstrukcyjnych i kaskaderzy dali wszystkim niezłą lekcję historii. Warto było to zobaczyć i już dziś planować czas w przyszłym roku tak, aby pojechać tam po raz kolejny.

Na zakończenie krótki opis sytuacji po zakończeniu inscenizacji. Około godz. 15.20 opuszczaliśmy już pola Grunwaldu. Oczywiście nawet przewidując utrudnienia z wyjazdem z miejsca parkingowego nie przypuszczałem, że będzie aż tak źle. Wszystko po prostu stanęło, jak się później okazało stanęło na wiele godzin. My mieliśmy szczęście, przypadkowo kątem oka zerknąłem na samochód oddalający się drogą wśród łanów zbóż. Chwila na sprawdzenie terenu na nawigacji GPS i wszystko jasne jest droga polna, którą można objechać całe to kłębowisko samochodów. Ryzyko oczywiście było bo trudno było przewidzieć w jakim stanie jest ta droga i czy da się ją pokonać bez przeszkód samochodem osobowym. Na nasze szczęście dało się i po około 3.5 km dotarliśmy do drogi asfaltowej i dalej już bez przeszkód udaliśmy sie w drogę powrotną do Kaźmierza. W ten sposób już około godz. 22.00 byliśmy w domu. Podsumowując nie polecam tego typu wyprawy rodzicom z małymi dziećmi. Jest to impreza, gdzie małe dzieci cierpią nie mniej niż rycerze w zbrojach. Dla tych jednak, którzy choć trochę interesują się historią i nie boją się przygód wyprawa na Pola Grunwaldu jest jak najbardziej wskazana.

Kategoria: