Remigiusz Kaczmarek

Smród, brud i ... nadzieja czyli zapiski z pobytu wśród powodzian   Powodzianie z Sokolnik w gminie Gorzyce powoli otrząsają się po tragedii, która ich nawiedziła. Natomiast mieszkańcy z pobliskiego Zalesia Gorzyckiego dopiero teraz mogą wrócić by zabrać się za sprzątanie swych domostw. Nie inaczej jest w pobliskiej Trześni, Orliskach i Furmanach oraz graniczącym z tymi wsiami Sandomierzem. Ludzie przeżywają tam straszne dramaty.

Kiedy byłem tam we środę 23 czerwca b/r by przekazać dary jakie zostały zebrane przez „kaźmierzan” najczęściej przezemnie słyszanym tekstem było: „ gdybym mógł, poszedłbym stąd w jasną cholerę - choćby na kraj świata”. Wstrząs – to słowo jest naprawdę odpowiednie, choć zdecydowanie zbyt łagodne w stosunku do tego, co przeżywałem patrząc własnymi oczyma na to, co tam zastałem. Zobaczyłem jakby inną krainę, jakbym przeszedł przez zaczarowane lustro tak, jak to uczyniła „Alicja w krainie czarów”. Różnica jednak polega na tym, że ona weszła w inny jakby lepszy świat bajkowy, a ja ujrzałem coś wręcz przeciwnego – całą realną tragedię ludzką.

Ludzie w Sokolnikach i w ościennych wsiach podnosili się już raz po powodzi w 2001 roku. O fakcie tym zaświadcza tabliczka umieszczona na murze tamtejszej Szkoły Podstawowej. Tegoroczny poziom, jaki osiągnęła woda był średnio o 1,0 do 1,5 metra wyższy. Bardzo dobrze widać to właśnie w miejscu zamocowania tabliczki, gdzie zarys mokrej ściany sięga ponad parapety okienne szkolnych sal. Najstarsi Sokolczanie – bo tak o sobie mówią tam mieszkańcy – nie pamiętają powodzi, a tym bardziej takiej, jaka nawiedziła ich w tym roku i mówią jednym głosem: „ to kataklizm”. Tegoroczny potop zaskoczył wszystkich i w sercach ludzi pozostała zadra, jest bunt, że nikt ich na czas nie uprzedził o zbliżającej się powodzi! „To kolejny cios i nikt nas nie powiadomił o tym, co możemy przeżywać. Dziewięć lat temu mówiono nam, że będzie woda stulecia. To jak mamy nazwać teraz to, co się stało naszym udziałem” – opowiadała mi Pani Kazimiera Dziura dyrektor wspomnianej placówki szkolnej. Podobne w tonie zdania wypowiadane były przez innych mieszkańców wsi. Kiedy wysiadłem z samochodu i spróbowałem z nimi rozmawiać szybko dotarło do mnie, że nie ma sensu rozgadywać się tylko chwyciłem za aparat fotograficzny i zacząłem „pstrykać fotki”. Po zrobieniu kilku ujęć jeden z mieszkańców; Pan Edward Kaput zaprosił mnie na swą posesję. Wchodząc myślałem: „o ładna wysprzątana chatka”. Niestety po zajrzeniu za bramę struchlałem. Sprzęty powyrzucane na stertę. Muł, bród i maź, która „przyozdobiła” nieomal wszystko. SZOK! A tu znów inny widok. Wystarczyło spojrzeć w prawo na posesję sąsiada i nagle przed oczyma widać wyrwę w ziemi i schody do domu, które porwała woda i rzuciła w wyżłobiony lej. Podobnie z olbrzymim metalowym zbiornikiem, który nie zniszczył parterowej chatki tylko, dlatego, że zawisł na ledwo trzymającym się teraz płocie. Takie sterty zniszczonych mebli i wszelkich innych artykułów domowego użytku non stop towarzyszyły mi przez cały czas mej sześciogodzinnej obecności w Sokolnikach. Wjeżdżając w granice miejscowości myślałem, że tylko „smród”, jaki unosił się w powietrzu był jedynym znakiem po powodzi. Niestety myliłem się. Choć i tak było nieźle ponieważ nie było komarów, które kilka dni wcześniej zostały wytępione przez specjalistyczne ekipy. Obok tego nieszczęsnego zapachu trudnego zresztą do opisania oraz tych „gór śmieci” , o których wspomniałem  kolejnym uderzającym widokiem był wszech ogarniający muł, a właściwie to jakaś zawiesina brunatno - szarego koloru. Oblepiła ona nieomal wszystko! Przez przypadek wdepnąłem w taką mazistą substancję. Myślałem, że droga jest sucha i bezpieczna, a tu się okazało, że pod skorupą zaschniętego błocka jest nadal wilgotna breja. Niestety ugrzęzłem po kostki! Natychmiastowe czyszczenie nie do końca pomogło. Resztki tego „czegoś” są do dzisiaj na mym obuwiu tak jak zresztą na całej wielkiej połaci ziemi gorzyckiej.

Po rozładowaniu transportu z darami zostały one przekazane na ręce Pani dyrektor Kazimiery Dziury. Po krótkiej dyskusji i zwiedzeniu budynku szkoły nadszedł czas by wypić kawę i by wymienić się swymi doświadczeniami z okresu trwania tragedii. Ponieważ był to normalny dzień pracy nie chciałem zbytnio przeszkadzać i postanowiłem korzystając z ładnej pogody odwiedzić ludzi i przyjrzeć się z bliska tej miejscowości. Pan Józef Turbiarz – tutejszy radny pokazywał mi zniszczenia, jakie wyrządziła powódź. Towarzyszył nam w tej wędrówce po Sokolnikach sołtys wsi Pan Stanisław Duma. Ich opowieści były jakby nie z tej „bajki”. Pokazywali mi miejsca, gdzie woda była tak wysoko, że teraz nie sposób sobie w żaden sposób tego wyobrazić. Jednak wcześniej miałem sposobność widzieć fotografie wykonane przez jednego z mieszkańców, które pokazywały tamte tragiczne chwile. Dzięki temu teraz miałem okazję by to naocznie zobaczyć, zweryfikować i zapamiętać. W najniżej położonej części wsi mieszkańcy urządzili sobie piękny skwerek. Poustawiali ławki, huśtawki dla dzieci a nawet wybudowali scenę. Po środku placu ustawiono pomnik Jana Pawła II, który został ufundowany przez Pana Eugeniusza Pikusa II. Proszę sobie wyobrazić, że nie było go widać a woda sięgała w tym miejscu do ramion ponad cztero metrowego krzyża, który stoi w jego tle. Spod tafli wodnej nie było widać niczego więcej. Sąsiadujący w bezpośredniej bliskości bar po prostu się rozpadł i runął na ziemię a okoliczne domostwa, mimo, iż w większości są piętrowe zostały zalane nieomal pod dachy. Towarzyszący mi sołtys - Pan Stanisław z żalem opowiadał mi i wspominał swoje dwie klacze, które stracił w "wielkiej wodzie". Serce go boli do dziś na samą myśl o tych konikach, a tak w ogóle to rzeczywiście stan jego zdrowia bardzo się pogorszył – trzeba być niebywale silnym psychicznie by przetrzymać takie nerwowe napięcie i to w tak długim okresie czasu. Chwilę później przechodząc nieopodal boiska sportowego znowu targnął mną wstrząs. Piękny i zadbany obiekt po prostu przestał istnieć. Zalana po brzegi szatnia i prysznice to prawie ruina, a boisko bardziej przypomina pustynię niż choćby zielone klepisko. Przyroda jest jednak silna, więc sądzę, że zieleń tu powróci i że odrodzi się tak jak perz, który już prześwituje w tej błotnej masie. Lecz to, co zbudował człowiek własną ręką ... czy starczy ludziom sił by odnowić to miejsce!?

Wszystko zniszczone, wszystko. Nawet nie wiem, za co się brać, czasami w głowie tylko pustka pozostaje” – odpowiedział mi jeden z kolejnych zagadniętych mieszkańców. Nawet nazwiska nie zapisałem taki byłem już przejęty tym, co zobaczyłem. Mimo wolnie zaprosił mnie do swego domu. Z pochodzenia chyba jest tatarem bo o tym świadczą rysy jego twarzy i mówił: „człowiek ledwie się podniósł po powodzi z 2001 roku, a tu znowu kolejny cios”. Niedowierzałem patrząc wokół siebie. Na oczyszczonych z grubsza ścianach widać poziome linie. Najwyższa, na wysokości około dwóch i pół metra od posadzki pokazuje poziom, jaki woda osiągnęła w tym miejscu 19 maja b/r. Kolejne linie powstawały wraz z systematycznym opadaniem tej cuchnącej brei. Dom został zalany doszczętnie, a na ścianie ostały się jedynie święte obrazki i .... polski orzeł! "To tylko jeden domek z przeszło 500 jakie są w naszej wsi" - dodaje pan Józef. Idziemy dalej. Kolejny domek, kolejna posesja i kolejne ludzkie problemy. Na przykład tu - do wnętrza można wejść tylko po drabinie na piętro przez balkon, ponieważ drzwi się tak wypaczyły, że nie sposób ich otworzyć. Z każdym kolejnym krokiem narastało we mnie przeświadczenie, że chyba zbyt mało jest ten temat nagłaśniany. Idąc tak sobie na luzie  mijaliśmy mieszkańców, którzy w pocie czoła starali się za wszelką cenę robić cokolwiek byle by tylko uratować swe dobra. Przyglądając się mi z boku z pewnością nie wiedzieli, kim jestem, ale ich wypowiedzi były jednoznaczne. Oburzenie, gniew i rozpacz. Jeden z mężczyzn prawdopodobnie myśląc że jestem kimś z jakiegoś godnego urzędu dosłownie dopadł do pana Józefa i wyrzucił z siebie potok słów i .....nie będę kończył, gdyż tekst nie nadaje się by go tu cytować. Jednak w tej całej sytuacji rozpacz i nerwy zdają się być uzasadnione. Pomyślałem sobie w tym momencie: „czy aby tylko są skierowane do właściwej osoby, czy takie „obrzydliwości musi wysłuchiwać człowiek który tak samo jest doświadczony przez los jak inni, a który próbuje swą pracą i zdecydowaniem pomagać sąsiadom?” Podobnie rzecz się ma w szkole. Wiele sprzętów zostało zniszczonych, które były użytkowane zarówno w klasach na pierwszym piętrze jak również w tzw. wysokiej piwnicy, gdzie min. mieszczą się szatnie. Mimo, iż przy porządkowaniu obiektu pomagają więźniarki pracy nadal jest mnóstwo. Pani dyrektor chwali tę pomoc: „gdyby nie te kobiety nie wiem czy doprowadziłabym tak szybko obejście do jako takiego wyglądu”. W rozmowie czuje się wielką determinację i ... odwagę Pani Kazimiery! Koniecznie chciała doprowadzić do sytuacji, by bez względu na stan sal oraz otoczenia uroczyście zakończyć rok szkolny wspólnym apelem – takim jaki każdorazowo jest celebrowany podczas podsumowania kolejnego roku szkolnego. Tak – odwagę trzeba posiadać w swej duszy by w tak ciężkich chwilach pozostać tu na miejscu i walczyć o przetrwanie. W końcu w przypadku obu Pań, które są dyrektorami zarówno w szkole jak i w przedszkolu w sercach rodził się ważki dylemat: czy mają ratować swe miejsca pracy, czy swój rodzinny dobytek? W dalszej rozmowie pani Kazimiera opowiadała mi jak to ratowała od zniszczenia swą kanapę. Sama dziwi się sobie skąd znalazła w sobie tyle męstwa i siły by wtaszczyć na piętro taki duży mebel i to nie rozkręcając go na mniejsze elementy. Z kolei Pani Zofia Radzimowska opowiedziała mi o swoich doznaniach. W stan rozpaczy wprawił ją widok przedszkola, który ujrzała po opadnięciu wody. W salach była pustka – ona sama tak jak stała i w zasadzie nic się nie zachowało. Nawet zwykłe łyżeczki do herbaty po prostu gdzieś z nurtem popłynęły sobie w świat. Jedynymi rzeczami, jakie się zachowały były wysoko zawieszone tablice podobnie zresztą tak jak w szkole. Tam szczęśliwie ocalał sztandar właśnie tylko dlatego, że był zawieszony w szklanej gablocie. Z całego dobytku przedszkola pozostały tylko regały w kuchni i tak naprawdę to dopiero rzeczoznawca orzeknie, czy przypadkiem i ich nie trzeba będzie wymienić. Podobny obraz zauważyłem także w prywatnym domu Pani Zofii. Na piętrze leżały w bezładzie jakieś uratowane rzeczy, a z mebli pozostały tylko składane łóżka, na których teraz domownicy śpią. Mąż Pani Zofii, Marian wziął łopatę do ręki i pokazał mi ile jeszcze wody mają w piwnicy, gdzie znajduje się piec i inne urządzenia. Ich córka pani Magdalena pokazała mi nakręcony film z momentu zalewania ich całego dobytku przez szalejącą wodę. Filmik zrobił na mnie wrażenie! Zobaczyłem jak woda wlewała się do mieszkań i rozlewała się po ogródkach w zastraszającym tempie. Można to porównać do otwartego kranu z którego chlusta wartkim strumieniem woda. Tyle tylko, że ten kran byłby dużo większy od zwykłego kuchennego a strumień miałby szerokość kilkunastu metrów. W ciągu 45 minut zalał praktycznie całą okolicę o zasiągu zbliżonym tak do połowy obszaru naszej gminy.

Na zakończenie swej bytności u powodzian pan Józef obwiózł mnie po gminie. To właśnie wówczas miałem okazję przyjrzeć się, jak wielki szmat ziemi znalazł się pod wodą. Mijając miejscowość Zalesie Gorzyckie dowiedziałem się, że mieszka tam około dwustu osób, a niektóre stojące we wsi domy zostały zalane po dachy i tak pod wodą były przez ponad cztery tygodnie. Wcześniej minęliśmy Trześnię. Mimo iż są znaki pokazujące granice między miejscowościami to praktycznie nie sposób je zauważyć, gdyż widok domów po zalaniu oraz obejść jest tak identyczny, że granica zaciera się. Widok ludzi pracujących jest na porządku dziennym. Trzeba, bowiem pracować by posprzątać to, co zostawiła woda. Usychające drzewa i krzewy, zamulone i wypalone trawniki, a także chodniki, walające się wszech obecne śmieci. Towarzyszy temu słodkawy odór gnijących roślin połączony z fetorem szamba. Nie do pozazdroszczenia! Nawet kościół parafialny w Trześni nie ocalał i wiele kościelnych rzeczy oraz sprzęty także trzeba przynajmniej suszyć! Jeszcze Tylko kilkanaście minut i ja wrócę do swego świata – pomyślałem. Jak tym ludziom pomóc? Jak – bo widok ich zmęczonych oczu proszących o wsparcie był największym wyzwaniem jakiemu musiałem sprostać. Dopiero po przejechaniu około 10-u kilometrów krajobraz się zmienił. Nagle roślinność wróciła do normy i w całości stała się zielona, a domy miały równą fakturę swych elewacji. Żadnych znaków po powodzi. Także w ogródkach panował ład i harmonia i odróżnić można było poszczególne kwiaty i inne rośliny. Po prostu życie w tych miejscach nie straciło swego blasku tak jak jeszcze kilka kilometrów wcześniej, gdzie widziałem zamęt i chaos na własne oczy. Bardzo serdecznie dziękujemy mieszkańcom naszej gminy za okazane serce. Dziękuję dzieciom, że raczyły także włączyć się w tę akcję. Pamiętać jednak należy, że tak naprawdę to tam ludzie, którzy zaznali klęski powodzi czekają na naszą pomoc i to niezależnie od tego, gdzie mieszkają w Polsce. Akcja z natury swej rzeczy jest okresową, a im należy pomagać przez dłuższy odcinek czasu! Dlatego w dalszym ciągu są dostępne konta bankowe, na których gromadzimy środki pieniężne z przeznaczeniem właśnie dla takich ludzi, jakich opisałem w swym reportażu. Pamiętajmy o tych pechowcach, ponieważ każda forma pomocy jest niezwykle ważna! Przy okazji składam podziękowania dla: Szkoły Podstawowej w Kaźmierzu, Stowarzyszeniu „Kaźmierz”, Gimnazjum w Kaźmierzu, Panu Wójtowi Wiesławowi Włodarczakowi oraz właścicielom sklepów z terenu naszej gminy, Szkole Podstawowej w Sokolnikach Wielkich, Siostrom Urszulankom z Sokolnik Wielkich, sołectwom ze wsi Sokolnik Małe i Sokolniki Wielkie. Ponadto pragnę podziękować firmom Strauss Cafe oraz Mexem, dzięki którym mogliśmy dostarczyć nasze dary i wzbogacić je o kawę. Szczególne podziękowania składam kierowcy Panu Tadeuszowi Piotrowskiemu, który szczęśliwie dotarł na miejsce oraz jego synowi Andrzejowi, który z kolei pomagał mi przy rozładunku. Także osobne podziękowania składam Paniom Marcie Bartkowiak i Annie Kubiak, które z wielkim sercem włączyły się osobiście jak również potrafiły zaangażować młodzież do pomocy. Dziękuję także wszystkim tym, których być może pominąłem, ale być może z jakiejś błahej przyczyny po prostu nie dotarła do mnie informacja o pomocy i zaangażowaniu się w ramach akcji: Sokolniki – Sokolnikom.

Jeszcze raz wszystkim dziękuję

Sołtys wsi Sokolniki Wielkie

Kategoria: