Jerzy Oses

   W niedzielę 17 lutego 1935 r. wcześnie rano około godz. 6.30 w majątku należącym do Jana Rotha wydarzyła się straszna katastrofa budowlana, w skutek której trzy osoby straciły życie, a kolejne dziesięć osób zostało ciężko rannych. Wszyscy poszkodowani pochodzili z dziesięcioosobowej rodziny Adamczaków. Jak doszło do tej tragedii? Otóż w styczniu tegoż roku na folwarku wybuchł pożar, który strawił budynek, w którym mieściły się chlewy, stajnie, obora, oraz mieszkania służby folwarcznej. Praktycznie całkowitemu spaleniu uległo wiązanie dachu i pozostały tylko sterczące murowane 6‐metrowe szczyty budynku. W tymże uszkodzonym budynku zamieszkiwała wspomniana rodzina Adamczaków. Wskutek szalejącej w niedzielę wichury, sterczący i niezabezpieczony po pożarze szczyt budynku runął na sufit domu mieszkalnego, zawalając gruzami śpiących jeszcze mieszkańców. Wśród spadających cegieł, rozległ się rozpaczliwy krzyk osób przywalonych gruzem.

Na pomoc rodzinie natychmiast ruszyli mieszkańcy Gorszewic. To, co zobaczyli to pełen grozy obraz. Schludne przedtem mieszkanko jednoizbowe zamienione zostało w rumowisko gruzów, wśród których nie widać było nawet mebli. Sąsiedzi natychmiast zabrali się do odgruzowania mieszkania docierając stopniowo do łózek, w których spali domownicy. Niestety trzy osoby zginęły na miejscu katastrofy. Na podwórze wyniesiono martwe ciała matki Stanisławy lat 52, córki Pelagii lat 24, oraz 18‐to miesięcznego dziecka drugiej z córek Władysławy. Poza tym obrażenia odnieśli również ojciec Wincenty lat 48 oraz jego synowie Jan lat 26, Antoni lat 22, Stanisław lat 21, Józef lat 16, Antonina lat 24 i Marianna lat 15. Obrażenia odnieśli również pracownicy folwarku, którzy w chwili katastrofy znajdowali się w przyległej do budynku oborze. Niemal natychmiast na miejsce tragedii przybył lekarz Falicki z Kaźmierza, który udzielił fachowej pomocy poszkodowanym. Wkrótce przybyli również starosta szamotulski Adam Narajewski i Komisarz Policji Państwowej Holzhausen. Po południu przybyli z Szamotuł członkowie komisji sądowo‐lekarskiej w osobach sędziego dr. Chrzanowskiego, dr. Włocha i protokolanta Łukowskiego w celu dokonania sekcji zwłok. Obecni byli również przedstawiciele prasy i fotografowie. Sekcje odbywały się w Kaźmierzu i wykonano je w dwa dni. Dziennikarzy głównie interesowało to, kto ponosi winę za spowodowanie katastrofy. Padały pytania, czy po wcześniejszym pożarze szczyty zostały dostatecznie zabezpieczone. Czy komisja budowlana powołana po pożarze nie zaniedbała swoich obowiązków? Czy poleciła komuś zabezpieczenie uszkodzonego budynku? Wszyscy byli zgodni co do tego, że gdyby usunięto sterczące szczyty, to nie doszłoby do ich zawalenia. Druga sprawa to trudne warunki mieszkaniowe poszkodowanej rodziny. Nie byłoby tyle ofiar, gdyby nie wyraźnie przeludnienie. W jednej izbie zamieszkiwało dziesięć osób.

   Tragedia wywołała ogromne wzburzenie wśród okolicznych mieszkańców, którzy domagali się śledztwa i wskazania winnych tej katastrofy. Śmierć trzech osób z jednej rodziny poruszyła również ówczesnego proboszcza kaźmierskiej parafii ks. Wacława Faustmanna. W dniu pogrzebu ofiar katastrofy kapłan wyznał, że w swej trzydziestoletniej pracy kapłańskiej po raz pierwszy składa do grobu naraz trzy trumny. W pogrzebie tłumnie uczestniczyli mieszkańcy okolicznych wiosek. Przygnębiający był widok trzech trumien złożonych na platformie wozu, za którym postępowała z zabandażowanymi głowami reszta rodziny, która wyszła cało z katastrofy. Pogrzeb był wielką manifestacją wsparcia dla rodziny Adamczaków. Pieśni żałobne podczas mszy św. pogrzebowej oraz nad wspólną mogiłą wykonał Chór Kościelny „MONIUSZKO” z Kaźmierza. Złożone liczne wieńce i udział w pogrzebie świadczyły o ogólnym współczuciu ludności, jakie towarzyszyło ofiarom katastrofy. Warto tutaj wspomnieć, że majątek w Gorszewicach należał do tych, których los nie oszczędzał. W sobotę 6 lutego 1937 roku wydarzyła się tam kolejna tragedia. Tym razem wskutek pożaru ziemianin p. Roth stracił murowaną stodołę, gdzie przechowywano narzędzia rolnicze i większy zapas słomy. Opisane zdarzenie było chyba największą tragedią w historii naszej gminy, gdzie śmierć poniosło aż trzech członków jednej rodziny. Z całą pewnością do takich tragedii nie dochodziło więcej między innymi dlatego, że mieszkańcy gminy mieli większą świadomość, jakie zagrożenia niesie za sobą nieprzestrzeganie ogólnych zasad bezpieczeństwa.
Na podstawie artykułów zamieszczonych w Gazecie Szamotulskiej Nr. 22, z dnia 19 lutego 1935r. i Nr 23, z dnia 21 lutego 1935r. udostępnionych na stronie www.wbc.poznan.pl przygotował Jerzy Oses.