Remigiusz Kaczmarek
Helena Dymkowska z mężem JanemOjczyzna - to ziemia i groby
Narody tracąc pamięć - tracą życie.
C.K. Norwid

Moja historia ...

Urodziłam się na cztery lata przed wybuchem drugiej wojny światowej jako trzecia córka Heleny i Wojciecha Hoffa. Mama pochodziła z domu Jaskuła z Sokolnik Małych ( a przynajmniej tak mnie przekazano jak byłam małą dziewczynką ) Po niej odziedziczyłam imię Helcia a moje starsze siostrzyczki otrzymały na chrzcie Stefcia i Wandzia.

Niestety już w niecałe dwa lata po moim urodzeniu mamusia zmarła ( przez długie lata cały czas wiedziałam    że zmarła krótko po porodzie !? ). Ja nie zdążyłam nawet dobrze jej twarzy zapamiętać.  Do dzisiejszego dnia nie mam nawet żadnej fotografii po niej. Tato wówczas załatwił mi i moim siostrom pobyt u zakonnic w Otorowie. Tu pod ich opieką przebywałyśmy aż do wybuchu wojny. Krótko po jej rozpoczęciu zostałyśmy przewiezione do innego domu zakonnego i bardzo w mej dziecięcej pamięci utkwił ten moment.

Jechałyśmy drogą wśród pól zasypanych śniegiem a zima była wówczas bardzo mroźna. Wóz był ciągnięty przez konika. Ach cóż to była za mizerota. Mały, chuderlawy konik nie mógł sobie poradzić z ciągnięciem zaprzęgu. Zakonnice musiały pomagać wynędzniałemu koniowi i pchały wóz w czasie tej    podróży. Po drodze, co pewien czas widziałyśmy leżące po rowach ciała. Byli to pozabijani żołnierze. Nagle jakieś huknięcie i drugi huk i kolejny ... To wybuchły bomby a w koło słychać było odgłosy strzelaniny. I kolejny straszny widok padających żołnierzy. Tak... nie był to widok wesoły, ale takim oto sposobem znalazłam się wraz z siostrami w Sokolnikach Wielkich. Pamiętam jeszcze jak ludzie w mundurach przychodzili do sióstr prosząc o coś do jedzenia. One dawały im, co mogły. Było nam wszystkim bardzo żal tych biednych, głodnych żołnierzy. Któregoś dnia krótko po przyjeździe do Sokolnik przyjechali do sióstr niemieccy żołnierze. Czegoś szukali. Jak się potem okazało chodziło im o nas. Zakonnice widząc, że bardzo się nami interesują urządziły dla nas taki specjalny schowek w wędzarni. Miałyśmy tam we trzy przygotowane posłania z pierzyn a ciemność rozświetlała taka mała lampka. Kiedy kolejny raz niemieccy oficerowie przyjechali to wówczas szybciutko tam się schowałyśmy wraz z jedną urszulanką, ale nie pamiętam już, którą? Szukając mnie i moich siostrzyczek chodzili  po całej posesji, ale nas nie znaleźli. Będąc jednak w bibliotece przeglądali książki, jakie tam były zgromadzone. Niestety dużo z nich zaczęli rozrzucać i niszczyć. Wtedy zagadnęły ich zakonnice, które potrafiły mówić po niemiecku. Nie wiem, co mówiły, ale w ten sposób uratowały część z tych książek. Później opowiadała nam o tym zdarzeniu nasza opiekunka siostra Wolniewicz. (pamiętam to nazwisko dokładnie – Wolniewicz). Opowiadając nam o tym wydarzeniu, prosiła i przestrzegała nas jednocześnie żeby nigdy, ale to nigdy  nie niszczyć żadnych książek.

Już po wojnie zostałam posłana do Pierwszej Komunii Świętej. Było to dla mnie bardzo wielkie przeżycie. Komunię przyjęłam 26 listopada, jeśli dobrze zdołałam zapamiętać datę. Z całą pewnością była to jednak jesień i dzień Chrystusa Króla. Jechałam do Kaźmierskiego kościoła karetą!? A przynajmniej tak mi się wówczas wydawało, ponieważ czułam się jak dawni królowie jadący takim zaprzęgiem. Dwie zakonnice siedziały obok mnie i byłyśmy okryte kocami, aby nie było nam zimno. Ja byłam ubrana w prześliczną błękitną sukienkę i czułam się jak jakaś księżniczka z bajki. To było piękne wydarzenie w moim życiu. Niestety już następnego roku ojciec zabrał nas z klasztoru. Żegnając się płakałyśmy bardzo i zakonnice też płakały. Tak bardzo się przywiązały do nas, że nie chciały nas oddać ojcu. Nam także u sióstr było bardzo dobrze. Pokochałyśmy je i miejsce i ludzi, z którymi się spotykałyśmy. Siostrę Wolniewicz mam do dzisiaj przed oczyma tak jakby stała tuż obok mnie. Potem w życiu bywało już różnie. Z Sokolnik Wielkich tato zabrał nas do Buku, gdzie mieszkał wraz ze swoją nową rodziną.

Po około dwóch latach zmarła moja najstarsza siostra Stefcia. Chciałyśmy żeby ojciec zawiózł nas z powrotem do sióstr, ale nie zrobił tego. Wraz z nową rodziną przenosiłyśmy się po okolicy. Tato był takim trochę obieżyświatem, ale w końcu wraz z naszą drugą mamą osiedlił się ostatecznie w Kaźmierzu na Nowej Wsi. Ja z siostrą Wandzią, kiedy dorosłyśmy poszłyśmy każda swoją drogą. Przez jakiś czas mieszkałam w Poznaniu. Wynajęty miałam pokoik a właściciele traktowali mnie jak  swoją córkę. Także było miło tam mieszkać. Korespondencję utrzymuję do dziś z tymi ludźmi, których po trosze traktowałam i traktuję jak takich swoich „przyszywanych” rodziców. Siostra Wanda po kilku latach zabrała mnie do siebie, aby być razem. Jednak po ślubie każda z nas poszła swoja drogą. Wandzia zmarła. Ja oczywiście urodziłam dzieci i starałam się wraz z mężem wychować je najlepiej jak potrafiliśmy. Dziś z całej trójki sióstr pozostałam tylko ja i moje wspomnienie. Oczywiście mam także rodzeństwo to tzw. przyrodnie, które mieszka w Kaźmierzu. Jeśli tylko zdrowie mi dopisuje i mam czas to odwiedzam ich. Ostatnio byłam z wizytą cztery lata temu i bardzo serdecznie wspominam ten czas wraz z nimi spędzony.

Chciałabym pozdrowić wszystkie obecne siostry Urszulanki w Sokolnikach Wielkich.Życzę im zdrowia i obfitych łask Bożych na dalsze lata ich pracy. W pamięci zachowuję jednak dawny obraz przepięknych chwil i wspomnień dziecięcych.Mam nadzieję, że Opatrzność pozwoli mi jeszcze powrócić i obejrzeć dawne miejsca dziecięcych zabaw . Pozdrawiam także moja rodzinę z Kaźmierza. Helena Dymkowska

W imieniu autorki wspomnień bardzo serdecznie proszę o pomoc. Pani Helena utrzymuje kontakty z rodziną swego ojca. Chciałaby jednak znaleźć ślady    swej rodziny po mamie. Jak sama wspomina nie ma właściwie po niej żadnej pamiątki.  Aby  pomóc podaje następujące dane, które udało się ustalić do tej pory. Ojciec to Wojciech Hoffa. Jej mama to Helena z domu Jaskuła. Jej rodzice czyli dziadkowie autorki wspomnienia to: Józef Jaskuła i Agnieszka ( nazwisko nie jest znane ) i najprawdopodobniej mieszkali  bądź mieli rodzinę w Sokolnikach Małych. Rodzice autorki mieszkali przez pewien czas (bliżej nie określony) w Otorowie. Tutaj na początku roku 1937-go zmarła mama na  zapalenie płuc osierociwszy trójkę dziewczynek. Jeśli ktoś z czytelników mógłby w jakiś sposób pomóc w znalezieniuniu śladów lub pamiątek proszę o kontakt pod numerem tel. 607 347 595 lub na adres niniejszej strony.  DZIĘKUJĘ

wspomnienie spisał

R. Kaczmarek

Na zdjęciu pierwszym:  pani Helena Dymkowska z mężem Janem
Na zdjęciu  drugim stoją od lewej: siostra Wolniewicz i trzy rodzone siostrzyczki: Stefcia, Helcia i Wandzia - zdjęcie wykonane na terenie ogrodu w posesji Urszulanek w Sokolnikach Wielkich.
Trzecia fotografia przedstawia: panią Helenę z córeczką Grażynką około 1956 roku

* fotografie pochodzą z domowych zbiorów Pani Heleny.